Kabaret Hrabi- GCK Gorlice
reklama

Przekazać komuś dar życia. Uczucie bezcenne

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Do niedawna nasz redakcyjny kolega, obecnie pracujący dla Gazety Gorlickiej. Lech Klimek jako dziennikarz miał okazję rozmawiać z wieloma osobami, pochylać się nad trudnymi kolejami losu.

Nie brakowało mu też tematów radosnych, dających nadzieję.

Tym razem role się odwróciły i to on stał się postacią, o której pragniemy napisać Czytelnikom. Oto relacja z rozmowy, którą przeprowadziliśmy z Lechem Klimkiem wczoraj (16 lutego) w siedzibie Gazety Gorlickiej.

HG: Tydzień temu przebywałeś w Krakowie. Celem wizyty nie było jednak zwiedzanie Wawelu, czy też spacer po rynku. Gdzie się zatrzymałeś i jaki był cel Twojej wizyty?

LK: Zatrzymałem się w hotelu na ulicy św. Tomasza, potem po zameldowaniu udałem się na ulicę Kopernika do pobliskiej Kliniki Hematologii, gdzie zrobiono mi ostatnie badania, a potem gdzieś koło południa jedna z pielęgniarek Jola Bater zaprowadziła mnie do Kliniki Neurochirurgii i Neurotraumatologii, gdzie zostałem przyjęty na oddział, bo na drugi dzień miałem mieć pobrany szpik kostny.

HG: Wiele osób podobnie jak Ty, odebrało niespodziewanie telefon z DKMS z informacją o możliwości zostania dawcą szpiku kostnego. Jak pamiętasz ten dzień i tę rozmowę?

LK: Długo będę pamiętać wieczór 23 listopada 2016 roku. Sprawdzałem sobie tego dnia pocztę mailową, natrafiłem na wiadomość od DKMS. Pierwsze co pomyślałem, to że piszą do mnie w związku z faktem ukończenia przeze mnie niedawno 55 lat. Myślałem, że chcą poinformować o tym, że to już koniec, że dziękują za rejestrację. Tymczasem treść maila była zgoła odmienna: „Jakiś czas temu zarejestrował się Pan jako potencjalny dawca w bazie Fundacji DKMS. Dzisiaj otrzymaliśmy zapytanie o Pana, jako o dawcę komórek macierzystych dla konkretnego pacjenta. Zwracamy się więc do Pana o pilny kontakt telefoniczny z Fundacją”.

HG: Wiadomość taka to zapewne ogromne przeżycie. Musiała to być zatem bardzo niespokojna dla Ciebie noc.

LK: Zgadza się. Z niecierpliwością oczekiwałem ranka, by jak najszybciej skontaktować się z biurem DKMS. Nie mogąc w domu usiedzieć spokojnie pojawiłem się w siedzibie redakcji około 6.30. Raz po raz nerwowo wybierałem numer Fundacji, ale kilkakrotne próby nic nie dawały. Myślałem że z nerwów pomyliłem numer, próbowałem nadal. Koleżanka Halinka Gajda sprowadziła mnie na ziemię, że nie ma przecież jeszcze 7 i nikt tam nie odbierze na razie telefonu. Tylko, że to wcale mnie nie uspokoiło. Czułem coraz mocniejsze kołatanie serca, dłuższy stres byłby nie do wytrzymania.

HG: Jak się domyślam, wreszcie ktoś odebrał telefon od Ciebie.

LK: Tak (uśmiech). Wreszcie około 8.30 usłyszałem: „Fundacja DKMS, w czym mogę pomóc?.” Po tych słowach trochę chaotycznie zacząłem opowiadać o wczorajszym mailu. Potwierdziłem o gotowości oddania szpiku, wtedy też poinformowano mnie, że konieczne jest  oddanie krwi do pobrania. Odszukano najbliższy dla mnie punkt pobrania krwi, udałem się tam, a potem moja krew pojechała na dalsze badania do Warszawy i do Niemiec. Zająłem się pracą i na pewien czas zapomniałem o tych badaniach. Pod koniec stycznia zadzwonili do mnie ponownie, poinformowali, że wszystko jest OK i zapytali, czy ja nadal podtrzymuję chęć oddania szpiku. Potwierdziłem, że tak.

HG: Też jestem zarejestrowana w bazie DKMS i wiem, że zanim dojdzie do pobrania szpiku, jest wiele procedur. Ty w styczniu wkroczyłeś więc w kolejny etap.

LK: Zgadza się. Potrzebne były kolejne, jeszcze bardziej szczegółowe badania w Krakowie. Pojechałem więc tam 24 stycznia i oddałem krew. Oprócz tego zaaplikowano inne badania, typu prześwietlenie płuc, USG jamy brzusznej, EKG. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przebadany, jak wtedy.

HG: To nie był jednak koniec. Wróciłeś znów do Gorlic.

LK: Tak, ale już wtedy wyznaczono mi datę pobrania szpiku. Miał to być 8 lutego. Zgodnie z procedurami podczas obydwu pobytów w Krakowie zarezerwowano i opłacono mi hotel w pobliżu kliniki, na ulicy św. Tomasza.

HG: Chodzi zapewne o to, by w dniu badania być wypoczętym.

LK: Oczywiście, że tak. 8 lutego miało być pobranie, ale ja musiałem być w szpitalu już 7 lutego. Miałem w hotelu do dyspozycji pokój dwuosobowy, jeśli ktoś bliski chciałby być ze mną w trakcie pobrania. 7 lutego zgłosiłem się na ostatnie badania krwi plus EKG. W tym samym dniu, gdy pojawiły się wyniki badań, zostałem przyjęty na oddział. Wiedziałem, że będę oddawać szpik, nie z krwi obwodowej, ale z kości.

HG: Ludzie niezbyt chętnie chcą być dawcami, bo boją się że pobranie szpiku będzie bolesne. Czy to prawda?

LK: O to samo zapytałem pielęgniarkę już na oddziale. Odpowiedziała, że pobieranie nie boli, boli dopiero potem, po wszystkim. Gdy trafiłem na oddział znów czekały mnie badania, rozmowy z anestezjologiem, ostatnie podpisy. Leżałem na neurochirurgii, napatrzyłem się na pacjentów po ciężkich operacjach. I pomyślałem, co musiałoby się zdarzyć, jakie mógłbym mieć sytuacje bólowe, żebym miał narzekać, po tym co ja tu widzę? A widziałem facetów ze śrubami w kręgosłupie, innych po trepanacjach czaszek, itp.

HG: Jak wyglądał dzień pobrania. Jak go zapamiętałeś?

LK: 8 lutego tuż po 7 rano dostałem kroplówkę, tzw. ”głupiego Jasia” i dwie pielęgniarki powiozły mnie windą, nie do nieba, ale do piwnicy. Potem stromym korytarzem w dół, z progami zwalniającymi jechaliśmy na salę operacyjną. Dotarłem na tzw. węzeł i tam musiałem się rozebrać jak mnie Pan Bóg stworzył. Przeniosłem się na kolejny wózek powożony przez kobiety w białych maseczkach i dojechałem na salę operacyjną. Zapamiętałem maskę na twarz, tlen oraz pytanie ile ważę. Po chwili, z boku słyszę głos głównego anestezjologa, żeby wykonać dwa wdechy i zaczynamy. Szpik pobierał dr Zbigniew Walter.

reklama
reklama

HG: Ile trwał zabieg pobierania?

LK: Nie wiem dokładnie. Na stronie DKMS piszą, że trwa to około 3 godziny, ale chyba liczą w tym wszystkie te procedury przed zabiegiem. Wiem, że sala operacyjna dla mnie była zarezerwowana na godzinę. Sam proces pobierania jest krótki. Dowiedziałem się, że pobrano łącznie litr materiału, w tym 800 mililitrów szpiku. Po półtorej godzinie obudziłem się już na sali wybudzeń. Pamiętam, że leżałem nagusieńki, przykryty zielonymi materiałami, ale było mi bardzo ciepło. Kilka razy zapadałem jeszcze w lekki sen, po tej narkozie. Po pewnym czasie przyszły po mnie te same pielęgniarki, które mnie przywiozły rano i zabrały mnie na górę. Tam znów spałem (śmiech) i dopiero całkowicie obudziłem się popołudniu, było już ciemno. Ktoś zapytał czy coś mnie boli. Faktycznie trochę bolało, dostałem chyba paracetamol. Rano na obchodzie profesor powiedzial, że pan to zdrowy dawca, pogratulował mi i zlecił koło południa wypis do domu. Musiałem jednak poczekać trochę dłużej na podpis lekarza prowadzącego, który miał akurat operację.

HG: Czy miałeś świadomość, że gdzieś tam jest osoba, której prawdopodobnie uratujesz życie?

LK: Oj tak. Wspomnę najpierw, że jak leżałem w swojej sali i obudziłem się z tej gruntownej drzemki, to kolega leżący obok powiedział mi, że gdy spałem, to dzwonił mój telefon, ale nie chcieli mnie budzić. Wziąłem więc ten telefon, patrzę a tu warszawski numer, to oddzwoniłem. Okazało się, że to dzwonili z DKMS i pytali, jak się czuję. Ja najbardziej byłem jednak ciekaw, kto jest biorcą. Wtedy się dowiedziałem, że to kobieta lat 49, z Niemiec.

HG: Czułeś zadowolenie, szczęście, satysfakcję?

LK: Bardzo byłem szczęśliwy. Wtedy to dopiero zaczęło do mnie docierać. Mimo bólu pooperacyjnego, zrobiłbym to drugi raz. Właśnie podczas tej rozmowy, kobieta zapytała czy zgadzam się, mimo wieku być jeszcze przez dwa lata w gotowości do oddania szpiku (DKMS pobiera do 55 roku życia). Powiedziałem, oczywiście, jak najbardziej. Nawet teraz mimo, że od pobrania szpiku minęło już kilka dni, gojenie boli, ale ja nigdy przez sekundę nawet nie wahałbym się na to, by po raz drugi komuś pomóc.

HG: Gratuluję jeszcze raz, podjąłeś dobrą decyzję. Domyślam się, że to co się wydarzyło, było jednym z najważniejszych momentów w życiu i dostarczyło Ci dużo wzruszeń oraz satysfakcji.

LK: Masz rację. Czuję wielką radość z tego, że zrobiłem coś ważnego. Możliwe, że po dwóch latach spotkam moją bliźniaczkę, wtedy też podzielimy się wrażeniami.

HG: Dziękuję za rozmowę i życzę dużo zdrowia.

LK: Dziękuję bardzo.

p.s. Lech Klimek jest jedną z kilku osób z powiatu gorlickiego, które w ostatnich latach były dawcami szpiku kostnego.

Komentarze   

0 # smooth 2017-02-17 10:56
dla Pana BRAWA! choć nie życzę nikomu choroby mam nadzieję, że kiedyś sam dostąpię podobnego zaszczytu udzielenia pomocy potrzebującemu!
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
0 # Joanna 2017-02-17 13:58
Wyrazy uznania i oby było więcej takich osób:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
0 # kk 2017-02-17 15:06
Brawo i brawo za prawdę. Razi mnie gdy czytam że "to nie boli", "to nic takiego". Okłamywanie ludzi nawet w "dobrej" wierze to nic fajnego.

Powiem szczerze, że nie wiem czy bym się odważył na zostanie dawcą. Bardzo możliwe, ale jak bym się zachował już na miejscu ? Ciężko powiedzieć :) Niestety z powodów zdrowotnych nie mogę być nawet dawcą krwi (nad czym ubolewam)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
0 # kk 2017-02-17 15:08
PS. Wiem że to mogłoby stać się źródłem wielu nadużyć ale uważam że powinno być wiadomo kto jest dawcą dla kogo. Jestem w 100 % pewny że wiele osób chciałoby powiedzieć zwyczajnie dziękuję. Kolejną sprawą jest to że jeszcze przed zabiegiem widząc choćby na zdjęciu osobę której możesz pomóc jest to też inaczej.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
0 # ania 2017-02-17 19:06
Dobre wieści cieszą najbardziej:) Powodzenia:)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

reklama
reklama
  1. FARYS
  2. HELIOS
  3. KINO KOLORY

07.03 kino farys mini

05.26 kino kolory mini

reklama
reklama