Śnieżny wilk

  • 11.02.2011, 09:22 (aktualizacja 08.02.2013, 16:10)

Podziel się:

Oceń:

Podobno na narkozie nie odczuwamy nic. A sny? Podobno bywają. I można się bać, że będą tak dobre, jak nic z tego, co pojawia się tu i teraz. Oczywiście. Zaraz potem oblatuje człowieka strach: „A co, jeśli zrobi się tam tak fajnie, że nie będę chcieć wrócić?”

 

Czekanie. Pada data. Pada konkret. Robić będą to i to. Na pełnej narkozie. Fajnie. Przynajmniej nic nie będziesz wiedzieć. I nie trzeba się bać.

Mgła.

Pojawiła się jakieś dwa miesiące przed operacją. Była tak szalenie gęsta, że przez nią nie było widać nic. Myślała, że musi bardzo się postarać. Wtedy będzie dobrze. Wtedy zobaczy, że jest jakieś dalej. „Jakieś”... Problem w tym, że staranie się samo spełzło do tego, by nie katować bliskich własnym strachem. Mówiła ludziom: „Boję się.” ale albo nie mogli zrozumieć, albo zadziałało „odsuwanie się dla własnego bezpieczeństwa.” A mgła gęstniała. Tu trzeba było zamykać sprawy. Tak na wszelki wypadek. Nie zdobyła się tylko na jedno: na posprzątanie szpargałów w pracy i spalenie tekstów. Nowych celów wolała nie wyznaczać. Po co? Zresztą jak, skoro jutro spowijała gęsta, ciężka, coraz cięższa mgła.

Nie było za nią nic. Ani przyjaciół, ani rodziny. Ani pracy. Ani marzeń. To znaczy były, ale przypominały jesienne liście: coś tam niby majaczyło, ale jakieś takie niewyraźne, nieruchome. Nijakie. Wyraźna była tylko mgła.

Sprawy.

Udało się je dokończyć i pozamykać. Musiała się spieszyć, więc musiała też zapomnieć o zmęczeniu. Nie chciała żeby ktoś grzebał w jej sprawach i myślał: „O, taka niby porządna a tego, czy tamtego nie załatwiła.” Mleko wokół gęstniało. Poruszać było się coraz ciężej. Ale jednak.

Ktoś.

Stał obok i chyba bał się podejść. Powiedział jej, żeby wyobraziła sobie iż wędruje za wilkiem. On nie potrzebuje tak doskonale widzieć, by odnaleźć trop. Posłuchała. Wyobraziła sobie. Żeby sprawić mu przyjemność, żeby choć trochę odczarować to, że się martwił i odwdzięczyć się za wysiłek, opowiedziała, że wilk doprowadził ją do wilka. I człowieka. Że człowiek był czymś zmęczony, że miał na sobie ślady po jakiejś walce. Miała nadzieję, że było to kłamstwo z gatunku tych: „być bardziej w porządku”. Co widziała? Wilka, który zatrzymał się na plątaninie gałęzi. Utknął. We mgle. Był zwykły, szary i zawiedziony tym, że nie może iść dalej. Ale skłamała. I chyba tylko tyle mogła zrobić w tym momencie dla ludzi.

Kłamać.

Że się trzyma. Że jest w porządku. Ok. Fine. Daje radę. Praca jest pasjonująca. Naprawdę najważniejsze jest to, by wygrać wyścig z czasem. Uśmiechała się, gdy tylko zdobyła się na to. Nie zawsze, więc wstydziła się siebie, gdy nocami zaczynał się ten cholerny, wewnętrzny płacz. Gdy dotarła do mety, mgła zdominowała wszystko. Nawet uczucia. I wiarę w przyjaźń.

Noce.

Myśli są jak komary. Po ciemku dokuczają bardziej. A szczególnie, gdy staną się monotematyczne. Chciała nie wracać już stamtąd. Zamknąć rozdział. Książkę. Zdmuchnąć świeczkę i inne tego typu depresyjne pierdoły. Była już wtedy sama, bo bała się lęku ludzi. Współczucia. Pytań. Troski. Gdy padała pytania, kruszały te cholernie słabe mury obronne. Kochała ludzki płacz, ale swojego wstydziła się piekielnie. I tego, że jest tchórzem. Strasznym. Bo bała się bólu i tych spraw, których jeszcze nie dało się pozamykać.

Ktoś.

Zauważył, że zamyka. Domyślił się, że umiera już teraz. Nie jutro. Nie w wyznaczonym dniu. Tylko teraz. I został z tym tak cholernie sam. Nie wiedział, jak powiedzieć światu, co należy robić, by ta śmierć nie była bardziej ostateczna od tej dosłownej. Starał się być, ale nie zawsze to wychodziło. Czasem uciekał i czuł się potem winny. Wreszcie odszukał kogoś, kto mógł pomóc jemu i komu – w swoim poczuciu – miał szansę pomóc również. I odszedł.

Brakowało go, choć nie miała żadnego prawa tak czuć.

Szpital.

Przywitał ją mile zaskakującym miekkością materacem. Leżała i nie mogła się nadziwić, że to tak można: tu i teraz, tak po prostu, leżeć w szpitalu i czuć ulgę. Bez płaczu. Nagle w spokoju. I bez myśli o mgle. Żałowała bardzo, że odsunęła bliskich. Myślała, że nie da rady zatroszczyć się o nich, że swym strachem porani ich zbyt bardzo. A tymczasem tutaj mogliby być. Ale nie wiedziała jak to odkręcić, bo przecież prosiła o nie kontaktowanie się.

Lekarz.

Powiedział jej, że to wszystko, ta mgła, myśli, poczucie końca, zapracowywanie się na śmierć to normalne objawy u ludzi tak długo czekających na operację. Powinni się nimi zajmować lekarze, ale niestety... Polska. Luksus dla uprzywilejowanych. Uspokoił i zakończył rozmowę stwierdzeniem: „Zwolnij.” Chodziło o nadmiar pracy. I nadmiar myśli. Był diabelnie skuteczny w tym mówieniu. Bo potraktował ją nie jak specjalista od naprawiania maszynek do ćwierkania, lecz jak człowiek człowieka.

Mgła.

Wróciła nocą. Przed samą operacją. Była już taka, że można by ją kroić nożem. I nie dawała spać. I mnożyła obawy. Wtedy napisała do Niego.

Ktoś.

Był w pobliżu, bo tak chciał. I nawet gdyby mu zabroniła, miałby to gdzieś. Nie umiał szanować takich próśb. I miał w tym rację bardziej, niż ktokolwiek inny. Niż ona. Przybiegł. Tak po prostu. Przybiegł i zamiast coś powiedzieć, objął. Poczuła pot i szamotanie jego serca. Szamotało się bo biegł. Był spocony, bo biegł. Słuchała szarpanego oddechu i... Nie czuła ani wstydu, którego tak się obawiała, ani mgły. Ani strachu. Gdy odchodził, wierzyła znów w to, że ludzie mogą pomóc, nawet wtedy, gdy nie wiedzą jak. Że błędem jest ich odsuwać, stronić od nich, wstydzić się ich. Że w chwilach próby mogą być źródłem wszystkiego, co w nas pozwala walczyć.

Potem zasypiała z tym wspomnieniem. I spała. Pierwszą noc od dwóch miesięcy normalnie. Bez leków. Choć skłamała mu, żeby się nie martwił, nie zawracał już sobie nią głowy, że je brała i, że to one załatwiły sprawę. On. Nic nie musiał. Nie miał żadnych zobowiązań. Nie był nawet częścią jej rodziny. Nie był nawet dorosły.

Blok Operacyjny.

Właściwie widziała tylko przesuwające się nad głową jarzeniówki. Nic nie widziała. Płakała. Ten płacz napędziła gadatliwa pielęgniarka. Nawet nie ma do niej żalu, chciała przecież pomóc. Ale każde jej słowo dodawało rozpędu tym cholernym łzom. Nagle, w windzie, druga z pielęgniarek pochyliła się nad nią. „Pani Męża poznałam, ale kim jest...” Bicie serca. Pot. Szarpany oddech. Bicie serca. Pot. Szarpany oddech. I to uczucie, gdy ją objął.

Kim on jest?

Bicie serca. Pot. Objęcie. Oddech. Bicie serca. „Uczniem.” Odpowiedź dobra jak i każda inna. Nigdy go nie uczyła przecież. „To musi być pani ciekawym człowiekiem, skoro tak młodemu komuś chce się tu sterczeć.” Łzy nagle przestają płynąć. Bicie serca. Oddech. Uścisk. Nie była ciekawym człowiekiem. Nie zasłużyła na to wcale. Nie czuła się kimś. Ale... Otrzymała to. Bicie serca. Oddech. Uścisk. „Aleście sobie moment wybrały...” „A co, kazali nam zjechać...” „Nie czujecie?” „No czujemy właśnie.” „Pięć litrów gówna się rozlało.” Bicie serca. Oddech szarpany. Objęcie. Pot. „...Albo nie, to nie będzie na pełny zwiotczeniu.” Bicie serca. Lampa. „Zaczęło się.”

Mgła.

Pojawiła się niemal natychmiast. Gęsta. Mokra. Nieprzyjemna. Z takiej to na pewno chciałoby się wyjść.

Wilk.

Za mgłą biegła lekkim truchtem. Była śnieżnym wilkiem. Tak po prostu. Spokojnie. Powietrze miało rześki, doskonały smak. Pachniało wolnością i siłą. Jakieś gałęzie. Nisko zwieszone, oklejone skrzącym się puchem. Gdzieś po bokach majaczą pnie drzew. Rozjaśnione bielą. Pada od północnego wschodu. Mocno śnieży. To nie żadna mgła! To śnieg!

Fala radości.

Ukojenie. Srebrzysta sierść odbijała słońce przedzierające się przez leniwie padający śnieg. Tak cudowne uczucie, że lepszego chyba nie doświadczyła.

Bicie serca.

Bicie serca.

Nie... Jest lepsze. Ktoś dla niej rozdrapał świat tamtej nocy. Rzucił wszystko i biegł, choć nie musiał. Nawet tego wilka on wymyślił...

Blok Operacyjny.

Podajcie jeszcze morfinę, przecież widać, że boli.”

Boli? Nic nie boli. Bicie serca. Jak podołać kolejnemu zadaniu? Jak im powiedzieć, że nie muszą się już martwić?

Korytarz.

Stał na korytarzu obejmując tę, której chciał pomóc i która pomóc mogła jemu. Nieruchomo go zapamiętała. Statycznie. Jakby bał się ruszyć.

Podniosła rękę.

Nie wiedziała, czy zrozumieli.

Przebudzenie.

Patrzy na nią. Siedzi nieruchomo i patrzy. I chyba był tu cały czas, gdy spała. Boi się, że wygląda brzydko, że odstręczy Go to, co widzi. Mąż. Obszar jedyny. Własny. Bezpieczny. Przyjaciel. Jechał tyle kilometrów, żeby posiedzieć tu i wracać. Rano praca. Zaufał Komuś powierzając mu obecność. Przeszedł z nią piekło, gdy się bała. I piekło, gdy musiał powierzyć ją innym.

Obok Męża Ktoś.

Kim jest?

Obudziła się szczęśliwa. Świat został dla niej rozdrapany. Mgła jest obawą i śmiercią. Reszta to śnieżny wilk i sen o ukojeniu. Który czasem odnajdujemy w piekle jakim bywamy sami dla siebie. Albo, który ktoś decyduje się odnaleźć za nas.

 

Marta Blint

{jcomments on}

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe