Powiatowy Konkurs Czytelniczo-Literacki: Rejs do przeznaczenia

  • 27.09.2021, 09:42
  • Barbara Ćmiech

Podziel się:

Oceń:

Powiatowy Konkurs Czytelniczo-Literacki: Rejs do przeznaczenia Fot. haloGorlice/Amelia Margraf odbierająca nagrodę
Dzisiaj publikujemy ostatnie z trzech nagrodzonych opowiadań w Powiatowym Konkursie Czytelniczo-Literackim „Przeczytaj, zainspiruj się i napisz opowiadanie ilustrujące dalsze losy bohaterów”. Miejsce I zajęło opowiadanie „Rejs do przeznaczenia” napisane przez Amelię Margraf ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Ropie.

 

Witajcie ponownie! Dawno nic tutaj nie pisałem, ale to dlatego, że sporo się ostatnio wydarzyło. Ale od początku…

Wszystko zaczęło się wtedy, gdy kończył się rok szkolny i do wakacji zostało dwa tygodnie. Nic nadzwyczajnego, prawda? Ja i Franek robiliśmy ostatnie poprawki. Mama codziennie chodziła do pracy. A byłbym zapomniał… została przyjęta do filharmonii i gra tam w pierwszych skrzypcach. Często po szkole chodziliśmy z Zuzią, Dominikiem, Agatką i Fagotem do parku albo na plac zabaw. Czasami z dziadkiem jeździliśmy na ryby, bo wróciliśmy do naszego dawnego zajęcia. Adam także chodził do pracy, a w weekendy oferował nam różne atrakcje.

Początkiem lipca mama dostała list od jakiegoś sławnego dyrygenta. Kiedy otworzyła kopertę i go odczytała, aż zaniemówiła. Dostała propozycję dołączenia do orkiestry symfonicznej złożonej z najlepszych instrumentalistów w kraju! To cudowna informacja, prawda? Ale to nie koniec. Ten dyrygent organizuje dwumiesięczne tournée po Morzu Śródziemnym wypasionym wycieczkowcem. Mama miałaby grać wraz z innymi muzykami na statku, a w czasie postoju dawać koncerty w miastach portowych. Dodatkowym bonusem było to, że artysta może zabrać ze sobą rodzinę, która nie musi ponosić dodatkowych kosztów. Słyszycie? Zupełnie za darmo!

Mama długo się zastanawiała, bo bała się, że nie wróciła do formy po ciężkiej chorobie. Jednak my wszyscy bardzo nalegaliśmy, a dziadek to nawet zadeklarował, że zajmie się Fagotem i mówił, żeby się nim nie przejmować. W końcu taka oferta, żeby całą rodziną zwiedzić trochę świata może się już nie powtórzyć. Koniec końców mama się zgodziła i zadzwoniła do organizatora. Ten wysłał jej umowę, repertuar i nuty, aby mogła się przygotować. Od tego dnia mama prawie nie wychodziła z domu, bo ciągle ćwiczyła nowe utwory.

Ostatni tydzień przed wyjazdem był bardzo nerwowy. Totalny chaos! Dobrze, że mamy Adama, który ogarniał wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Mama kompletnie nie miała do tego głowy, pracowała nad nowym repertuarem i rozmawiała przez telefon z dyrygentem Maciejem o szczegółach trasy koncertowej.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Dopięliśmy ostatnie walizki i byliśmy gotowi na przygodę. Rankiem, kiedy mama tłumaczyła dziadkowi, jak zająć się Fagotem, ja pobiegłem do Agatki, żeby się z nią pożegnać. Ona oczywiście o wszystkim wiedziała i pomagała mi się pakować. Kiedy dotarłem do jej domu, otworzyła drzwi i mocno mnie przytuliła.

– Trzymaj się. I nie zapomnij codziennie do mnie pisać – powiedziała i ukradkiem wytarła łzę z policzka.

– Nie martw się! Będziemy w kontakcie – udawałem twardego.

– Proszę, to dla ciebie. Będzie ci o mnie przypominać – wyszeptała, wręczając mi małą pluszową poduszkę w kształcie serca.

– Dziękuję! – nic mądrego nie przyszło mi do głowy, więc pocałowałem ją w policzek.

Po chwili pożegnałem się jeszcze z rodzicami Agatki, siostrą Milą i kotem Amadeuszem i wybiegłem, bo o 14.00 mieliśmy wylecieć. W domu rzuciłem jeszcze okiem na plan tournée. Zapowiadała się naprawdę ekstra wycieczka. Najpierw mieliśmy lot do Odessy. Stamtąd wyruszymy przez Morze Czarne do Stambułu, a potem czeka nas długi rejs po Morzu Śródziemnym.

Gdy pożegnaliśmy się z dziadkiem, taksówką pojechaliśmy na lotnisko Chopina w Warszawie. Ledwo zmieściliśmy nasze bagaże! Lot do Odessy minął spokojnie, chociaż zapowiadało się inaczej, bo Zuzia i Dominik panikowali, bali się, że samolot rozbije się, a oni zginą na miejscu. Na szczęście pani stewardessa umiała sobie radzić z małymi dziećmi, przekupiła ich żelkami i colą i po chwili zadowoleni usiedli w wyznaczonych miejscach.

Po kilku godzinach lotu dotarliśmy do portu w Odessie. Nagle przed naszymi oczami ukazał się przeogromny statek! Nigdy wcześniej nie widziałem takiego, chyba że na obrazkach. Wycieczkowiec nazywał się „Stradivarius”. Gdy weszliśmy na pokład, skierowano nas do naszych kajut. Dowiedzieliśmy się, że pokoje dla muzyków i ich rodzin znajdują się na osobnym piętrze statku. Nasz apartament miał trzy sypialnie z łazienkami oraz mały aneks kuchenny połączony z salonikiem. Full wypas!

Szybko odstawiliśmy nasze bagaże i pobiegliśmy z Frankiem i Zuzią zwiedzać statek. Zadziwił nas ogromny basen na najwyższym piętrze. Poza tym naliczyliśmy kilkanaście restauracji i barów. Franek widział siłownie, sauny. Zuzię najbardziej ucieszyło kino i plac zabaw. Cieszyliśmy się, że będziemy mogli z tego wszystkiego korzystać.

Przez pierwszy tydzień rejsu mama zdążyła zagrać kilka koncertów, a my bawiliśmy się świetnie, zwiedzając każdy zakątek „Stradivariusa”. Po trzech tygodniach wpłynęliśmy na Morze Śródziemne i kierowaliśmy się do portu w Stambule.

Kiedy ponownie wypłynęliśmy w morze, na pokładzie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Instrumenty skrzypków psuły się jeden po drugim… Dziwne, bo działo się to w jednym czasie i uszkodzenia dotyczyły tylko instrumentów smyczkowych. Jednym pękały struny, innym łamały się smyczki, wypadały włosia, łamały się podbródki, kręciły się kołki. No i najważniejsze… skrzypcom naszej mamy nic się nie działo! Muzycy nie radzili sobie z ciągłymi naprawami. Atmosfera w zespole zaczęła się psuć, artyści obwiniali się nawzajem. Ja i Franek nie martwiliśmy się o instrument mamy, w końcu miała magiczne skrzypce i nic im nie groziło. Ale koledzy z orkiestry tego nie wiedzieli i zachowywali się wobec mamy trochę ozięble i mniej z nią rozmawiali. Myślę, że podejrzewali, że ona może mieć coś wspólnego z tymi niewyjaśnionymi wydarzeniami.

– Musimy coś zrobić – powiedział Franek, gdy zauważył, że mama z dnia na dzień staje się smutniejsza.

– Wiem. Też o tym myślę. Tylko jak? Co możemy zrobić? Przecież nie znamy się na naprawach instrumentów – odpowiedziałem zrezygnowany.

– Masz rację…, a jak będziemy się kręcić koło skrzypiec, to jeszcze pogorszymy sprawę – dodał Franek.

– I wtedy dopiero zaszkodzimy mamie – siedzieliśmy w pokoju, próbując znaleźć rozwiązanie. Zadawaliśmy sobie pytanie, kto stoi za tym wszystkim.

Przez kolejne dni zastanawiałem się, co mogę zrobić. Powoli rodził się pewien plan. Dwa dni po naszej rozmowie zatrzymaliśmy się na dłuższy postój w Atenach. Mama codziennie dawała koncerty, a reszta rodziny zwiedzała Grecję. Namawiali do tego także mnie, ale odmawiałem. Chciałem zrealizować swój plan. Od razu po przypłynięciu do portu, kupiłem w sklepie muzycznym mały zestaw lutniczy. Całymi dniami uczyłem się budowy skrzypiec. A gdy nabrałem odwagi poprosiłem muzyków o to, by mi pozwolili naprawić swoje instrumenty. Na początku nie mieli do mnie zaufania, ale z czasem chętniej ze mną rozmawiali i coraz częściej pozwalali mi dokonywać drobnych napraw. Szło mi coraz lepiej. Po jakimś czasie muzycy sami przynosili mi swoje skrzypce. Dziwili się, że po mojej interwencji instrumenty już się nie psuły i grały o wiele lepiej. Pewnego dnia dostałem od Adama ogromny zestaw do robienia własnych skrzypiec! Byłem naprawdę szczęśliwy.

Zostało nam jeszcze kilkanaście dni rejsu i dopłynięcie do trzech portów – do Marsylii we Francji i Genui we Włoszech oraz Barcelony w Hiszpanii. Cały ten czas poświęciłem swojej nowej pasji. Zrobiłem coś, z czego jestem bardzo dumny – skonstruowałem swoje własne skrzypce! Najpierw pokazałem je mamie. Powiedziała, że jest ze mnie bardzo dumna. Adam powiedział, żebym pokazał skrzypce Maciejowi. Postanowiłem zrobić to po ostatnim koncercie w Barcelonie.

– Przepraszam… – zwróciłem się do niego – Czy mógłby pan okiem profesjonalisty ocenić te skrzypce?

– Oczywiście. To twoje dzieło, tak? Martyna mówiła mi, że pasjonujesz się budową skrzypiec. Zatem sprawdźmy, czy odziedziczyłeś talent po dziadku.

Maestro wziął instrument do rąk i przyglądał się im dłuższą chwilę. Wreszcie przyłożył do szyi i zagrał „Obertasa G-dur” Henryka Wieniawskiego. Kiedy skończył, powiedział:

– Jacku, te skrzypce to dzieło sztuki! Gra się na nich tak lekko i swobodnie, a akordy brzmią wyśmienicie. Dziecko… – chwycił mnie za ramiona tak mocno, że mnie zabolało – Masz ogromny talent! Nie zmarnuj go! Zawołam resztę orkiestry, niech zobaczą, jakiego mamy młodego lutnika na pokładzie. Ekipa zeszła się natychmiast, bo każdy chciał spróbować coś zagrać. Po chwili moje skrzypce zostały okrzyknięte „Drugimi Magicznymi Skrzypcami Paganiniego”.

Dalsza podróż minęła nam bardzo szybko. Wreszcie wszyscy w doskonałych nastrojach dotarliśmy do Barcelony, a stamtąd samolotem do Warszawy.

Po powrocie do domu byłem tak zmęczony, że marzyłem o swoim łóżku. Kiedy wszedłem do pokoju, potknąłem się o coś twardego, leżącego na podłodze. Był to kamień, do którego przyczepiona była jakaś kartka. Nie miałem już siły ani ochoty sprawdzać, co to jest, więc odłożyłem zawiniątko do szuflady i położyłem się spać. Rankiem, po przebudzeniu przypomniałem sobie o tajemniczej karteczce z kamieniem. Ostrożnie odsunąłem szufladę i otworzyłem liścik. Zaniemówiłem, wiadomość brzmiała tak:

 

Kochany Jacusiu!

Jestem z Ciebie bardzo dumna! Wiedziałam, że świetnie sobie poradzisz z zadaniem, które dla Ciebie przygotowałam. Chciałam Ci powiedzieć, że to ja stoję za tymi dziwnymi wydarzeniami na statku. Użyłam resztki moich magicznych umiejętności i popsułam instrumenty, a potem podsunęłam Adamowi pomysł na kupienie Ci zestawu lutniczego. Nie mogłam słuchać, jak mówisz, że nie masz talentu. Ja odkryłam go w Tobie od Twoich ostatnich urodzin. Byłam pewna, że dasz sobie radę z naprawą skrzypiec, choć nie sądziłam, że już na początku będziesz w tym aż tak dobry. Rozwijaj swój talent, bo dobrych lutników nie ma wielu.

Przepraszam, że trochę namieszałam i nie mogłam Ci tego wyjaśnić osobiście, ale wyczerpałam już limit pokazywania się na Ziemi. Na szczęście jakoś udało mi się dostarczyć ten list.

Pamiętaj, zawsze będę nad Tobą czuwać!

Babcia LEO

 

Teraz już wiecie, dlaczego tak długo się nie odzywałem. Byłem zajęty moją nową pasją, w której największe uznanie miałem od dziadka. Kiedy dowiedział się, co robię i komu to zawdzięczam, otworzył swoją dawną pracownię i powiedział, że od teraz może należeć do mnie. Najważniejsze jest to, że już wiem, kim chcę zostać w przyszłości.

 

Amelia Margraf

Barbara Ćmiech

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe