Chodzi o zdarzenie z 29 stycznia, gdy funkcjonariusz Komendy Miejskiej Policji w Tarnowie jechał na interwencję nieoznakowanym radiowozem. Według komunikatu nie zastosował procedur dotyczących użycia sygnałów świetlnych i dźwiękowych pojazdu uprzywilejowanego, a jednocześnie przekroczył dopuszczalną prędkość.
W oficjalnym opisie podkreślono, że wyjazd nie dotyczył sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. Właśnie dlatego, jak wskazano w komunikacie, nie było podstaw do tłumaczenia jazdy „na uprzywilejowaniu” stanem wyższej konieczności w rozumieniu art. 16 § 1 Kodeksu wykroczeń.
Wykroczenia ujawnili policjanci z Wydziału Ruchu Drogowego, którzy tego dnia pełnili służbę na terenie Tarnowa. To oni przeprowadzili pomiar prędkości oraz czynności dokumentacyjne – zgodnie z procedurami obowiązującymi wobec każdego kierowcy.
Z relacji tygodnika TEMI wynika, że licznik miał pokazać 128 km/h w miejscu z ograniczeniem do 50 km/h. Według tych informacji skończyło się dwoma mandatami po 1 500 zł każdy, 30 punktami karnymi oraz czasową utratą prawa jazdy.
W policyjnym komunikacie potwierdzono natomiast zatrzymanie prawa jazdy na 3 miesiące i przygotowanie dokumentacji do skierowania wniosku o ukaranie do sądu. Dalszy bieg sprawy ma rozstrzygnąć sąd.
Najbardziej „ciekawostkowy” element tej historii jest zarazem najbardziej dosłowny: w komunikacie zaakcentowano, że jeśli nie zachodzą ustawowe przesłanki wyłączające odpowiedzialność, policjanci mają obowiązek przestrzegać prawa na tych samych zasadach jak każdy obywatel. Czyli odznaka nie działa jak przepustka na skróty, gdy formalnie nie ma podstaw do jazdy uprzywilejowanej.
Źródło info: TEMI/Tarnowska TV





Napisz komentarz
Komentarze